Logowanie

Email:
Hasło:

Przypomnij hasło...

Nie masz jeszcze konta?
Dołącz do nas!




Ekran: 1024x768
Javascript: włączone
Wiek min. 16 lat
Nieco wyobraźni


Solene (ID: 242)


  • Ranga: Szlachcic
  • Poziom: 1
  • Wiek: 312
  • Rasa: Wampir
  • Klasa: Łowca
  • Płeć: Kobieta


Profil gracza:

Od dnia 27.03 do 21.04 przebywam na urlopie, więc moja obecność tu będzie ograniczona.





Solene




Solene jest jak noc zamknięta w kobiecym ciele.

Solene jest jak burza piękna, nieprzewidywalna, śmiertelna.



Niska, ledwie sięgająca ramienia przeciętnego mężczyzny, lecz jej obecność zdawała się przewyższać każdego. Poruszała się z gracją kogoś, kto nigdy nie musi się spieszyć, a każdy jej krok miał w sobie coś z polowania - miękkość kota i niepokój nadciągającej burzy.

Miała długie, lśniące włosy o barwie głębokiej czerni, jakby utkano je z czystego mroku. Spływały po jej plecach niczym jedwabne wstęgi, które noc zaplatała dla niej własnoręcznie. Często nosiła je rozpuszczone, pozwalając im tańczyć z wiatrem, albo splatała w niedbały warkocz - jakby celowo chciała wyglądać jak mała dziewczynka, a nie pradawna istota z sercem zatrzymanym w bezruchu.

Jej twarz była zaskakująco niewinna -zaokrąglone policzki, delikatne usta, lekko zadarty nosek. Skóra bladą miała jak porcelana, lecz z subtelnym połyskiem, jakby pocałowana przez srebrny księżyc. Jej oczy... ach, te oczy. Ciemne jak dno studni, głębokie i nieprzeniknione, z błyskiem drapieżnej ciekawości. Gdy na kogoś patrzyła, miał wrażenie, że widzi coś więcej niż tylko jego twarz, że zagląda w myśli, w pragnienia, w grzechy.

Jej ciało było kobiece, pełne i idealnie proporcjonalne - biodra, które zapraszały do grzechu, talia wąska jak u tancerek ze Wschodnich Pustkowi, piersi pełne, lecz nie przesadne, a ramiona smukłe i mocne. Poruszała się z gracją stworzenia, które zna każdy centymetr własnej siły i piękna - i nie waha się ich użyć.

Często ubierała się w ciemne barwy -szkarłat, czerń, granat nocy - w suknie podkreślające sylwetkę, z haftami przypominającymi ciernie róż lub krwiste runy. Na szyi nosiła cienki, srebrny łańcuszek z małym medalionem - pamiątką z czasów, gdy jeszcze biło w niej ludzkie serce.

Była piękna. Nie w sposób oczywisty. Nie w sposób słodki. Ale w sposób, który zostaje w pamięci długo po tym, jak zniknie z oczu - jak echo pocałunku, którego nie sposób zapomnieć.











Serce, które przywołało piorun










Imienia Luciena bali się nawet szeptać. Jak nocne niebo zasnute chmurami, ciążyło ono na ludzkich sercach i karmiło się ich strachem. W każdym zakamarku, gdzie zbierali się ludzie, brzmiały legendy o władcy nocy, który trwał od wieków. Władcy, który znał każdy odcień ludzkiej słabości. Był wieczny, był wszechobecny a każde jego spojrzenie przypominało błyskawicę, która mogła uderzyć w każdej chwili.

To on stworzył Solene - broń ubraną w ciało kobiety, piękną i nieprzewidywalną jak burza. To on nazwał ją tym mianem, widząc w niej nie tylko siłę, ale i chaos, którym pragnął władać. Solene wierzyła, że naprawdę jest wyjątkowa, że jej urok i moc stawiają ją ponad innymi wampirzycami. Uwodziła i zabijała, tańczyła wśród krwi niczym błyskawica w ciemności, a Lucien spoglądał na nią z tym uśmiechem, który mówił: ty jesteś moim arcydziełem.Lucien pielęgnował to złudzenie. Obsypywał ją pochwałami, pozwalał jej sądzić, że w jego oczach jest jedyna. Z każdym zadaniem, każdym uwiedzionym i zgładzonym człowiekiem czuła, że rośnie w niej potęga, której on jest świadkiem i strażnikiem. Aż pewnej nocy, w ciszy jego posiadłości, natrafiła na zakazane komnaty. W mroku ksiąg i pergaminów ujrzała ich imiona. Setki imion. Kobiety takie jak ona. Każda piękna, każda tworzona dla niego, każda nazwana „wyjątkową”. W sercu Solene zrodziła się cisza - cisza przed prawdziwą burzą. To nie był tylko gniew. To była furia. Błyskawica rozdarła jej duszę, wiatr strzaskał złudzenia. Lucien nie stworzył jej z miłości - stworzył ją jak kolejną falę w niekończącym się sztormie.

Nie krzyczała. Nie płakała. Zabrała to, czego Lucien nigdy nie przewidział: jego wiedzę. Zapamiętała imiona, rytuały, słabości i sekrety, które ukrywał przez stulecia. Tej nocy uciekła. Burza, którą stworzył, wymknęła się spod jego kontroli.

Od tamtej pory Solene niesie ze sobą tę ciszę i gniew. Nie jest już jego bronią, nie jest już jego dziełem. Teraz jest zapowiedzią końca i Lucien wie, że któregoś dnia burza, którą nazwał swoim imieniem, powróci, by go zniszczyć.

Jej kroki były ciche, ale w jej sercu dudniły gromy. Była burzą wyrwaną z jego dłoni, błyskawicą, której nie dało się zatrzymać. I choć on nadal był panem nocy, wiedział, że gdzieś tam w ciemności rozpętała się siła, której już nie kontrolował.

Od tej pory Solene kroczyła przez świat jak zapowiedź nawałnicy. Jej uśmiech był chłodny jak wiatr przed uderzeniem pioruna, jej spojrzenie – pełne błysku, który zwiastował zagładę. Nie była już jego bronią. Nie była jego dziełem.

Była burzą.











Serce, z którego zrodziła się burza






Zanim noc nazwała mnie swoją, zanim krew stała się obietnicą, byłam tylko dziewczyną z sercem bijącym zbyt głośno jak na mury, w których przyszło mi dorastać.

Mówili, że jestem dzika.

Matka wypowiadała to słowo szeptem, jakby było chorobą, ojciec z gniewem, jakby było winą. Ich dłonie pachniały zawsze towarem: kurzem szlaków handlowych, solą, przyprawami i obcymi miastami, których nigdy nie miałam zobaczyć. Handlarze. Ludzie drogi, a jednak zakorzenieni w strachu bardziej niż ktokolwiek, kogo znałam.

Dom był klatką zbudowaną z troski.

„Świat jest okrutny” mówili.

„Świat cię połamie” mówili.

A ja czułam, że to nie świat, lecz bezruch wbija mi pęknięcia w kości...

Już jako dziecko uciekałam nocą na wzgórza za miastem. Tam wiatr nie zadawał pytań. Tam mogłam krzyczeć, biec, brudzić stopy w błocie i krwi zdartych kolan. Patrzyłam w niebo i wiedziałam, że gdzieś tam istnieje życie, które nie pyta o pozwolenie. Czasem wydawało mi się, że coś odpowiada na moje spojrzenie nie gwiazdy, lecz cień między nimi. Jakby noc przyglądała mi się z zainteresowaniem. Bałam się tylko jednego: że zostanę taka jak oni. Że nauczę się liczyć zyski zamiast uderzeń serca. Że zgodzę się na spokojne, długie umieranie.

Pragnęłam więcej, choć nie umiałam tego nazwać. Nie miłości, nie bogactwa. Pragnęłam intensywności. Chciałam czuć wszystko do granic bólu. Chciałam, by życie mnie rozszarpało, jeśli miało to znaczyć, że naprawdę żyję.

Pewnej nocy, po kolejnej kłótni, wyszłam bez płaszcza. Deszcz smagał skórę jak ostrze, a ja śmiałam się, biegnąc ku ciemnym uliczkom miasta. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że burza nie rodzi się na niebie. Rodzi się w piersi. W sercu, które nie godzi się na ciszę.

Nie wiedziałam jeszcze, że noc mnie słyszy.

Nie wiedziałam, że ktoś coś obserwuje tę dzikość z głodem większym niż mój własny.

Ale już wtedy byłam gotowa.

Gotowa zapłacić każdą cenę za to, by nigdy nie być mała.

Z mojego serca zrodziła się burza.

A burze, jak wampiry, nie pytają, czy wolno im nadejść.















Burza nie czeka




Nie mówię nic wielkiego,

raczej coś na marginesie dnia:

jak zostawić światło,

żebyś nie wracał w ciemność,

albo zapamiętać,

jak zatrzymujesz moment,

jakby nie chciał się powtórzyć.

Jestem nieładem:

myślą, która wymyka się krawędziom,

gestem za szybkim,

uśmiechem bez powodu.

Ty zbierasz to spokojnie,

jakby chaos był tylko innym imieniem bliskości,

jakbyś wiedział,

że rozproszenie chce być dotknięte.

Drażnimy ciszę

słowami, które znaczą więcej, gdy nie są dokończone,

spojrzeniami, które udają obojętność,

a jednak wracają.

Między nami rośnie to,

czego nie trzeba nazywać.

I tylko noc wie,

że kiedy odchodzę,

echo pocałunku zostaje.

W powietrzu,

w pamięci skóry,

w lekkim przesunięciu świata,

jakby coś znalazło swoje miejsce

bez pytania o pozwolenie.